Talki na dalekim wschodzie. Drugi odcinek "Podrózy z Mlodszym"
Monika Piatkowska, Leszek K. Talko 03-07-2003, ostatnia aktualizacja 02-07-2003 12:54
Dzieci tubylców mialy zwyczaj pic piwo w kaplicy cmentarnej. Nikogo nie dziwilo, ze czasem odcinaja trupom glowy i graja nimi w pilke
Rozdzial I, w którym Mlodszy zdobywa pieluchy, a my parawan
Mlodszy sikal na potege.
Przed wyjazdem dlugo liczylismy, ile pieluch zuzywa dziennie. Wyszla nam z tego liczba sredniopieluchowa równa piec, która nagle w podrózy urosla do osmiu.
Poszukiwania po wiejskich sklepikach konczyly sie klapa. W pierwszym byl tylko numer "1" (dla niewtajemniczonych: to rozmiar noworodka, dla podrosnietego Mlodszego potrzebowalismy "4" lub "4+"). W drugim same "2", w kolejnym znowu tylko "jedynki".
- Ale wlasciwie dlaczego jest wylacznie "3" - zapytal zaintrygowany Leszek w kolejnym sklepiku.
Sprzedawczyni popatrzyla ze zdziwieniem. - U nas w wiosce mamy tylko jedno dziecko, to po co inne pieluchy?
- A jak przyjedzie turysta z dzieckiem "4+" - indagowal Leszek.
- A jak nie przyjedzie, to co ja z tymi pieluchami potem zrobie? - zapytala trzezwo sprzedawczyni i zajela sie nastepnym klientem.
Byc moze male polskie sklepiki dzielnie walcza z zagranicznymi molochami handlowymi, ale dla nas z tej walki niewiele wynikalo: w zadnym sklepiku nie trafilismy na szynke z indyka dla Mlodszego (na inne jest uczulony), soczki jablkowe (na te nie jest uczulony) ani wspomniane pieluchy rozmiar "4+".
Wygladalo na to, ze musimy wrócic do cywilizacji.
Pieluchy "czwórki" dla Mlodszego dostalismy dopiero w supermarkecie. W wegorzewskich Muszkieterach byla tez kielbasa dla nas i niespodzianka: zdrapka za zrobienie zakupów.
Zdrapalam parawan plazowy.
- To pierwszy parawan w naszej loterii - wyszeptal poruszony sprzedawca, a dookola zgromadzil sie tlumek klientów.
- Ja to tylko kubek wygralam, a i to dopiero za siódmym razem - z zazdroscia zauwazyla starsza pani.
Zapakowalismy parawan na tylne siedzenie. A nuz sie przyda?
Rozdzial II, w którym schodzimy do krypty, a Mlodszy psuje hamulce za pomoca kielbasy
Majatek rodziny von Fahrenheidów byl tak olbrzymi, ze trzeba bylo trzech dni, by objechac go konno.
Stary hrabia von Fahrenheid mial ukochana córeczke Nineczke. W 1811 roku trzyletnia dziewczynka umarla.
Zrozpaczony hrabia, do którego wlasnie dotarly wiesci o tym, ze wojska Napoleona w Egipcie odkryly tajemnicze piramidy, w których faraonowie szukali wiecznego zycia, postanowil taka piramide wystawic córeczce.
Czy chcial zapewnic jej zycie wieczne? Wierzyl, ze pochowanie w piramidzie wyzwoli w niej kosmiczna energie? Nie wiadomo.
Wiadomo, ze po Fahrenheidach nie pozostalo prawie nic. Dobra przepadly, olbrzymi palac, który znalazl sie w obwodzie kaliningradzkim, zburzono i rozebrano. Zostala piramida, która prawie minelismy, na szczescie mignela nam wsród drzew i cofnelismy samochód.
Wygladala jak wielki obelisk sterczacy w srodku lasu obok wioski Rapa. Zamurowane wejscie, ze scian wyrastaly krzaczki. W dwóch oknach ktos poodginal potezne zardzewiale kraty. Wewnatrz staly dwa szeregi trumien bez wiek. W kazdej zasuszone zwloki von Fahrenheida. Pod sciana stala mala trumienka. Nineczka?
Obok piramidy tablica: informacje o piramidzie mozna uzyskac w barze w Baniach Mazurskich. To tylko kilka kilometrów.
- Znowu rozwalili kraty - kelnerka nie zdziwila sie opowiescia o otwartych trumnach. - Wciaz to robia. Po wojnie dzieciaki wyciagnely trumny i plywaly po rzece.
- W trumnach? - nie dowierzal Leszek.
- No przeciez mówie. A potem ktos tym trupom zwinal ubrania.
- Ubrania? Zdjal z trupów?
- No tak, tylko juz nie pamietam, czy zaraz po wojnie, czy potem.
- I co zrobili z tymi ubraniami?
- A skad mam wiedziec. Pewnie sprzedali. A teraz wciaz sie wlamuja, bo podobno tam jest jakas energia w tej piramidzie. Ja bym nie weszla, ale ludzie mówia, ze wystarczy posiedziec 15 minut i juz sie czlowiek lepiej czuje.
- I siedza tam z tymi zwlokami?
- No tak, ale to jeszcze nic. W Zakalczu stoi kaplica, do której mozna wejsc i tam kazdy moze trupa dotknac. Sprawdzcie.
O piramidzie pisza w przewodnikach. O kaplicy nie wie chyba nikt.
Stoi kilka kilometrów od Ban Mazurskich, w lesnym zagajniku. Przed wejsciem serce wyryte w kamieniu. Kaplica jest malutka, na scianach zostaly resztki skutych fresków i skorodowany krzyz z napisem "Martha von Steiner 1868-1891".
W podlodze kaplicy ziala dziura po wyrwanej plycie zakrywajacej schody.
Mlodszy az pisnal z zachwytu. Schody to bylo to, co najbardziej pasjonowalo go w tej podrózy. Rzucil sie do zejscia i niepewnie zrobil krok w dól.
W krypcie staly dwie trumny bez wiek. Po prawej lezala zasuszona mumia Marthy von Steiner. Po lewej mumia mezczyzny.
- Czy ty to widzisz - szepnal Leszek, przytrzymujac wierzgajacego Mlodszego.
Oba ciala nie mialy glów. Mezczyznie ktos urwal reke. W nogach lezal zasuszony bukiet polnych kwiatów.
- Umarla w wieku 23 lat - powiedzialam, kiedy wyszlismy. - A ten mezczyzna? Maz? Ktos, kto ja kochal? Czy to on kazal wyryc to serce?
Zatrzymalismy sie na rozstajach i spytalismy miejscowego chlopa o droge na Goldap i Stanczyki.
- Kaplica zostala zniszczona w czasie wojny? - zagadnal Leszek.
- Eeee, nie. To pare lat temu dzieciaki chyba zrobily - wzruszyl ramionami miejscowy. - Odciely tym trupom glowy i graly w pilke.
- I co? - zapytal Leszek.
- A co ma byc? - zdziwil sie miejscowy. - Normalnie, potem gdzies te glowy zaginely, a moze psy je wyniosly. A teraz dzieciaki czasem chodza do tej kaplicy ognisko palic albo piwa sie napic.
Pojechalismy dalej, czujac sie jak podróznicy zwiedzajacy dalekie, egzotyczne kraje.
Gdzies bardzo daleko byl pewnie jakis urzad gminy, który nie mial pieniedzy na zalozenie kraty; jeszcze dalej konserwator zabytków, który mial pewnie duzo wazniejszych spraw; miejscowy proboszcz, do którego moze nie dotarla jeszcze wiadomosc, ze dzieciaki bawia sie zwlokami, wiec nie myslal, co wypadaloby z tym zrobic.
Leszek juz sie zastanawial, czy my mozemy cos zrobic, ale musial przestac, bo w samochodzie wysiadly hamulce. Zatrzymalismy sie na poboczu.
- Synu, a co to ma niby byc - powiedzial Leszek z wyrzutem, wynurzajac sie spod kierownicy z kawalkiem kielbasy. - Musial to, cwaniak, wyjac z torby i schowac pod pedalem hamulca.
- Hoooo - ryknal Mlodszy bez zadnego widocznego poczucia winy.
Do Goldapi zostal kawalek drogi, wiec postanowilismy zajac go nie- smiertelna zabawa - wymienianiu sie lopatka Mlodszego.
- Daj. Masz. Dziekuje. Daj, masz, dziekuje. Daj, masz, dziekuje - przekazywalismy sobie z Leszkiem lopatke z reki do reki.
Mlodszy ucichl i zafascynowany wodzil wzrokiem za zdziwaczalymi rodzicami. Jakies 20 kilometrów dalej i tysiac razy daj-masz-dziekuje pózniej zerknelam na tylne siedzenie.
- Uspilismy go - powiedzialam.
- Daj-masz-dziekuje - zgodzil sie Leszek.
Rozdzial III, w którym jest mowa o walecznych bocianach i frytkach na szybko
Do zajazdu pod Biala Góra w Stanczykach trafilismy jak zwykle przypadkiem.
Mlodszy uznal, ze skoro sa schody, to on juz tu zostanie, i odmówil dalszej jazdy. A poza tym tuz obok zajazdu na slupie bylo bocianie gniazdo, w którym siedzial prawdziwy bocian. Mlodszy nie mógl sie nadziwic.
Z okien zajazdu bylo widac gigantyczny wiadukt z 1926 roku.
- Niemcy zbudowali linie kolejowa laczaca Zytkiejmy z Goldapia - czytal Leszek. - Ogromne wiadukty powstaly prawdopodobnie po to, by mogly nimi jezdzic czolgi. Nigdy nie przejechal nimi zaden pociag. Przez lata staly opuszczone, w latach 90. urzadzano tu skoki na bungee, az kilka miesiecy temu kupil je prywatny przedsiebiorca.
Zajazd byl prawie pusty, oprócz pary holenderskich emerytów, którzy dojechali tu na rowerach, a teraz usilowali wytlumaczyc wlascicielowi po niderlandzku i angielsku, ze miejscowa spolecznosc powinna wywrzec nacisk na producentów map, bo Stanczyków nie ma na ich mapie, a przeciez byc powinny.
- Z turystami jest klopot, bo wszystko chca szybko - narzekal wlasciciel, Maciej Kempa. - Wpadaja do mnie i mówia: chcemy obiad, co mozemy zjesc szybko? No to ja mówie, ze szybko to tylko frytki. A oni sie obrazaja. A przeciez ja sie nie rozdwoje. A wy chcecie tez szybko?
- Nie, my mozemy wolno
- No to dobrze - odetchnal. - Teraz i tak malo ludzi przyjezdza. Raz zadzwonil redaktor z radia i chcial, zebym opowiedzial na antenie miejscowa legende. No to wymyslilem legende o mlynarzu, który nazywal sie Stanko. Stanko byl bardzo madry i radzil ludziom, ale nigdy nie bral za to pieniedzy. Az pewnego razu zjawil sie u niego bogaty pan. Ucieszony wreczyl mlynarzowi zlota monete. Od tej pory Stanko nic nie powiedzial, jesli nie dostal zaplaty. Zgromadzil wielki majatek, ale nie przyniósl mu on szczescia. Podobno zakopal garnek ze zlotymi monetami na Mlynarzowej Górze i do dzis chodzi tam jego duch, pilnujac skarbu.
- Bardzo ladne. Podobalo sie redaktorowi? - zapytal Leszek.
- Nie wiem, jak redaktor znowu zadzwonil, to mnie akurat nie bylo i legenda sie zmarnowala - usmiechnal sie smutno wlasciciel. - Ale moge opowiedziec prawdziwa historie o tych bocianach na slupie. Kilka lat temu mlode wypadly z gniazda. Nic im sie nie stalo, poszly na ten pagórek. Przylecialy psy z wioski, pewnie chcialy zagryzc. I wtedy nadlecialo cale stado bocianów. Wyladowaly na pagórku, otoczyly mlode kolem i zaatakowaly psy. I wiecie co! Psy uciekly.
- Trzeba bylo opowiedziec te historie redaktorowi - usmiechnal sie Leszek.
- Ale zaden nie dzwoni - zasepil sie wlasciciel. - W zajezdzie tez pustki. Ja uwielbiam gotowac, robie swietna zupe rybna, gotuje po chinsku i meksykansku.
Zapadal zmrok. Zaprowadzilismy Mlodszego do lózka.
Zwykle zasypia w minute. Teraz marudzil, minela 22, a on wciaz nie spal.
- Powinien sie wyspac, jutro jedziemy na kresy. Moze trzeba mu zaspiewac kolysanke - zaproponowalam.
- A znamy jakies? - zdziwil sie Leszek.
Zaspiewalismy te, które znamy - piosenki Taty Kazika: "Dziewczyna sie bala pogrzebów" i "Nie szukaj drogi, znajdziesz ja w sercu, smutna jest knajpa bylych morderców".
- Spi - powiedzialam.